http://facebook.com/CampRestCom

ALPEJSKIM SZLAKIEM

Mamy tydzień wolnego, a w sumie 9 dni – trzeba coś zrobić z tak pięknie zapowiadającym się wolnym czasem. Planowaliśmy skoczyć do Chorwacji, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się pojechać tam w czasie wakacji. Był włoski pomysł dookoła wybrzeżem, ale zdecydowanie za mało czasu. Dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na Alpy.
Wszystko spakowane – jedziemy. Przejeżdżamy przez Czechy, a granicę z Austrią przekraczamy w niewielkiej miejscowości Reinthal – niedaleko Breclav (uwaga przejazd jedynie poniżej 3,5T). Przejazd bocznymi dróżkami jakże różni się od głównych dróg. Spokojnie, ruchu brak a małe miejscowości mają swój urok. Docieramy do głównej drogi prowadzącej z Mikulova. Na pierwszej możliwej stacji kupujemy winietę – gdyż dalej wjeżdżamy już na autostradę, która z dnia na dzień jest coraz bliżej czeskiej granicy.
Często przejeżdżamy przez Wiedeń, lecz zawsze obwodnicą. Tym razem decydowaliśmy się poświęcić mu trochę więcej czasu. Osiołek niewielki dlatego, po zrobieniu rundki wzdłuż pięknego, modrego Dunaju parkujemy w okolicach parku miejskiego i ruszamy na spacer wiedeńskimi uliczkami. 

Ileż to lat minęło, gdy byliśmy tu ostatnim razem… wtedy była zima, teraz mamy lato, ale Wiedeń potrafi zachwycać o każdej porze nie tylko roku, ale również dnia i nocy.

 
 
Spacerując coraz bardziej zagłębiamy się w starówkę, delektując się zarówno wąskimi uliczkami, w których ciężko kogoś spotkać, jak i gwarnym deptakiem, przy którym znajdziemy fontanny czy stylowe kamieniczki. Lecz Wiedeń to nie tylko ulice, to również liczne kościoły, z będącą symbolem miasta Domkirche St. Stephan.
 
 
 
 
Wiedeń równie pięknie jak w dzień wygląda również nocą, niestety aparat płata psikusy w takim świetle – ale uwierzcie na słowo centrum prezentuje się po zmroku naprawdę uroczo.
 
 

W bliższej i dalszej okolicy Wiednia usytuowanych jest wiele zamków – tak samo godnych polecenia jak i samo miasto. Wyjeżdżamy z Wiednia, znajdujemy spory spokojny rastplatz i nie mogąc doczekać się gór układamy się do snu.
 
Zanim dotrzemy jednak do gór kierujemy się do Krems skąd udajemy się na zachód przełomem Dunaju. To tu pomiędzy niewielkimi miejscowościami usiane są winnice, a ze szczytów pobliskich wzgórz okolicy strzegą warowne zamki.  Przełom Dunaju można zwiedzać na kilka sposobów. Widywaliśmy spore ilości rowerzystów, można także przepłynąć statkiem, albo tradycyjnie samochodowo w różnych odmianach. W pewnym miejscu naszą uwagę przykuła barka poruszająca się z prędkością „mniej niż zero” na której dumnie powiewała kolorowa flaga.
 
 
 
Małe senne miejscowości kuszą, by zagłębić się w nie bardziej i choć przez chwilę przespacerować ich zaułkami. Niestety w wielu z nich widywaliśmy znak zakazu powyżej 3,5T.
 
 
Kilka kilometrów za Krems na wzgórzu wznoszą się ruiny zamku Durnstein, w którym z XII wieku więziono podobno Ryszarda Lwie Serce.
 
 
W Weissenkirchen znajduje się wiele winnic i winiarni – gdy do nich wpadniemy gwarantowany dłuższy postój (w połowie sierpnia obchodzi się tu święto wina Riesling).
St Michael wita nas kolejnym warownym zamkiem, a za zakrętem na pobliskim wzgórzu wznosi się następny.
Vis a vis Melku jest spory parking z ładną miejscówką. Wybieramy się więc na spacer przybrzeżną ścieżką. Na drugim brzegu nad wodą góruje opactwo Benedyktynów – jeden z ładniejszych obiektów architektonicznych Austrii. 
 
W pobliżu parkingu stoi samochód, który ma przestrzegać przed skutkami nieuważnej jazdy.

Tocząc się dalej wzdłuż Dunaju mniej lub bardziej bocznymi dróżkami docieramy do Linzu. Po drodze mijamy malownicze wioski i miasteczka oraz zapuszczamy się w boczną drogę gdzieś po jakiś okolicznych pagórkach. Droga jest tak wąska, że kłopot byłby się minąć z innym samochodem – na szczęście nie spotkaliśmy żadnego, gdyż po prostu zapuściliśmy się w drogę wiodącą pomiędzy winnicami. 

Ponieważ jesteśmy „zdolni” a nawigacja jeszcze „lepsza” trafiamy na rynek w Linzu, gdzie teoretycznie nie powinno nas być samochodem. W pobliżu znajduje się kolejka na szczyt Postlingberg, która po pokonaniu 2,9 km (250m różnicy wzniesień) w ciągu 16 minut (podobno wpisane w księgę Guinnessa) wjeżdża, w górę do bajkowej groty.

Z Linz trafiamy do Steyr, które bardzo mile nas zaskoczyło. O wielu miejscach przewodniki piszą „piękne, malownicze, urzekające” a to naprawdę takie jest. Rynek otoczony jest budynkami z różnych epok: gotyckimi, renesansowymi, barokowymi i rokokowymi, stylów tu bez miara. W przewodniku prawią, że w czasie świąt jest tu magicznie – specjalne wystawy bożonarodzeniowe, uliczne śpiewanie kolęd, poczta świąteczna – w tej scenerii z pewnością jest to bajkowe.

Bocznymi drogami, jedziemy dalej na zachód mijając po drodze położone nad jeziorem Grunden.

Na wieczór zostawiamy sobie Salzburg. Rozpadało się, ale jak już tu jesteśmy to obejrzymy miasto w końcu kurtki przeciwdeszczowe mamy. Parkujemy gdzieś na obrzeżach centrum i idziemy spacerem. Mimo deszczu, który w międzyczasie zdążył się rozpadać na całego zwiedzamy Residenzplatz i przeglądamy się pobliskim uliczkom i zabytkom: katedrze, kościołom i wznoszącemu się nieopodal zamkowi. Gdyby pogoda choć była choć ciut bardziej litościwa pewnie zapuścilibyśmy się dalej, ale ten kapiący, a właściwie lejący się strugami deszcz zdecydował za nas – kierunek samochód, do którego docieramy kompletnie przemoczeni.


Z myślą powrotu jeszcze kiedyś do Salzburga wjeżdżamy do Niemiec, gdzie zostajemy na noc na pierwszym możliwym parkingu – niby kilkanaście kilometrów dalej, a pogoda znacznie inna, czasem nawet przetrze się słońce.
Jadąc autostradą kilometry mijają szybko. Gdzieś po prawej jezioro Chiemsee, na którym na wyspie znajduje się zamek Herrenchiemsee – siedziba Ludwika II Bawarskiego. Jest też parking z restauracją, ale i zakazem nocowania – może w okolicy jakiś camping mają. Z brzegu wyspę ledwo widać nie wspominając już o zamku dlatego po śniadaniu jedziemy w nasze ukochane góry. Na 99 zjeździe skręcamy na Bad Tolz i dalej na GaPa, a właściwie Garmisch-Partenkirchen, ależ długa nazwa. W Kochel am See i Walchensee zatrzymujemy się na dłużej przy jeziorkach – góry powoli zaczynają prezentować się w pełnej krasie. Jadąc dalej wyłaniają się nam kolejne szczyty – w końcu jesteśmy w swoim żywiole.
 

GaPa to urokliwe miasteczko – o tej porze roku raczej spokojne. Z miejscowości rozciąga się widok na najwyższy szczyt Niemiec i Alp Bawarskich Zugspitze, na który można wjechać kolejką. Pogoda zachęca zatem zaczynamy poszukiwania kolejki.
 

Niestety po kilku minutach pogoda płata nam figla. Góry przesłaniają się coraz mocniej chmurami, zaczyna padać….ehhh
No to wracamy do Austrii. Przejeżdżamy granicę i co – i piękne słońce wychodzi. Tak to już z górami jest – są piękne, ale i kapryśne. Po przekroczeniu granicy trochę jednak zmienia nam się nawierzchnia drogi.
 

Znowu wjazd do Niemiec, niedaleko Fussen, gdzie nad jeziorem Schwangsee na wzgórzach wznoszą się dwa zamki Hohenschwangau i Neuschwangau. Hohenschwangau to złoty zamek wybudowany w stylu angielskiego gotyku w XIX wieku przez Ludwika Bawarskiego dla jego ojca Maksymiliana, natomiast Neuschwangau to bajkowa samotnia Ludwika II Bawarskiego.



Trasa z Fussen do Immenstadt jest bardzo malownicza i biegnie bocznymi drogami (310-308). Mijają nas po drodze cztery kabriolety na angielskich numerach. Trochę się za osiołkiem potoczyły i potem dwa z nich odjechały w siną dal, a dwa nadal jechały za osiołkiem. Dojechaliśmy do ronda, po którym kręciły się dwa pierwsze czekając na pozostałe. Te które jechały za nami zamiast od razu skręcić w prawo, objechały rondo no i znów musiały toczyć się za osiołkiem.



Po drodze łapie nas burza – znajdujemy parking i gotujemy obiad patrząc na ciepłe strugi deszczu przez otwarte drzwi.

W jakiejś wiosce mijamy słoneczny dom. Panele są wszędzie. Na domu, stodole, studni, zadaszonym stole. Na nocleg zatrzymujemy się na parkingu przy autostradzie na wysokości Wangen.
 
Rano wjeżdżamy do Lindau - Jezioro Bodeńskie wita nas pochmurną pogodą – ledwo co wyłaniają się góry. Kierujemy się do Bregencji, skąd przy dobrej widoczności można wjechać na szczyt pobliskiej góry Pfander i podziwiać okolice – pewnie byliśmy niegrzeczni ponieważ dla nas pogoda się nie postarała.
Trafiamy do Feldkirch najdalej na zachód wysuniętego miasta Austii. Miasto pochodzi z XII wieku i ma dobrze zachowaną starówkę.



Wjazd do Liechtensteinu wiąże się z wjazdem do Szwajcarii, z którą on ma podpisaną „unię”. Podjeżdżamy na przejście graniczne – już dawno nie mieliśmy kontroli. Strażnik zabrał paszporty i gdzieś zniknął. Oprócz nas na przejściu nie ma nikogo. Wrócił po kilku minutach, rzucił okiem na tył samochodu – turists i pozwolił jechać dalej. Ponieważ planowaliśmy wjazd do Szwajcarii kupujemy od razu winietę na autostrady – dalej nie ma już przejścia granicznego.
Liechtentein leży w całości w Alpach i obowiązuje tu waluta szwajcarska, a granic strzeże szwajcarska służba celna i graniczna – kraj jest zatem w dużej mierze „zależny” od Szwajcarii. Kraj to głównie góry. Samych zabytków nie ma tutaj wiele – jedynie Vaduz z jego zamkiem osadzonym na skale.  
 


 
Centrum miasta to „dwie ulice na krzyż” jednak położenie wśród przepięknych gór Alp Retyckich sprawia, że warto odwiedzić to miejsce. Z okolic zamku (trochę stromy podjazd) można podziwiać okolice. Jadąc jeszcze wyżej ponad zamek wyłaniają się coraz piękniejsze widoki. Droga jest dość wąska, trochę stroma – ale można nią przejechać. Na końcu zwęża się jeszcze stając się jednokierunkową, aż do miejscowości Triesen. Tam po przejechaniu przewężenia roztacza się piękna panorama na pobliskie szczyty. Żeby znów zjechać w dół trzeba uważać na hamulce, gdyż serpentyny są dość strome i miejscami mocno zakręcone – ale warte widoków. 



 Teraz już bez skrępowania możemy wjeżdżać do Szwajcarii. Winietę mamy, pełny bak też .Jedziemy autostradą, ale jakże ona inna od tej niemieckiej, na której kilometry mijały nam tak szybko. Tu raczej się rozglądamy za parkingiem, żeby uchwycić piękno okolic. A co widać zobaczcie sami.Przy jeziorze jest parking, z którego prowadzi ścieżka w stronę jeziora można zatem trochę rozprostować kości.
 
 
Drugie chyba jeszcze większe jezioro jest tuż przed samym Zurichem – jednak z autostrady jest ono mniej widoczne no i okolica już nie taka piękna jak wcześniej. Zurich prześliczne miasto choć my za dużymi raczej nie przepadamy. Centra finansowe, luksusowe ulice, ale i ładne kamieniczki i widoki na Jezioro Zurichskie. Kto się boi pająków niech lepiej tu na nie uważa.
 
 
 
 
 
Kolejnym miastem jest Lucerna, w którym uwagę przyciąga starówka, z drewnianym zadaszonym mostem z 1333 z kamienną wieżą, w której kiedyś było więzienie. Na starym mieście można podziwiać gotyckie kamieniczki, renesansowy ratusz i miejskie mury z basztami. Miasto jest bardzo malowniczo położone nad Jeziorem Czterech Kantonów. 
 
 
 
 
 
Wyjeżdżamy z Lucerny – już tutaj kierują na tunel pod przełęczą św. Gotarda. Z wrażenia o mały włos byśmy nie skręcili w prawo Tuneli w Szwajcarii jest bezliku. Znajdują się nie tylko na autostradach, ale i na wielu bocznych drogach. Po przejechaniu zazwyczaj pojawiają się kolejne cudne widoki – chyba, że ktoś ma pecha i akurat trafi na mgłę.  
 
 
 
Po zjechaniu z autostrady drogi potrafią być kręte. Długo zastanawialiśmy się, którego właściwie mamy jechać, ale po przejechaniu mostu, a potem zrobieniu ślimaka tunelem już wiedzieliśmy. Powoli zaczynają wyłaniać się ośnieżone szczyty.
 
 
 
Jesteśmy w okolice Jungfrau. Trzy szczyty Jungfrau (4158), Monch (4107) i Eiger (3970) i największy alpejski lodowiec Aletsch (24 km długości, 900 m miąższości) to piękny widok. Dla chętnych jest możliwość wjazdu kolejką na przełęcz Jungfraujoch (ok. 3500m) – tylko trzeba trafić na ładną pogodę.  
 
 
Wjeżdżamy do Lauterbrunnen (głośne źródła) i rzeczywiście jest tu głośno – 72 wodospady, a pod jednym z nich camping – życzę powodzenia w nocy. Na końcu drogi znajduje się hotel/restauracja z własnym parkingiem, skąd można przespacerować się w pobliskie doliny.
 
 
Szczyty chowają nam się w chmurach, ale od czasu do czasu nasza cierpliwość zostaje nagrodzona ,gdyż pojawia się słońce, dosłownie na minutę, dwie i znowu znika.     Nieopodal szemrze strumyk – a właściwie szumi i to dość potężnie, gdyż z lodowców spływa sporo wody.   Przejeżdżając koło campingu, który znajduje się pod wodospadem naprawdę mocno zastanawialiśmy się kto wpadł na pomysł takiego miejsca – ale widać wielu to odpowiadało, gdyż stało na nim  sporo samochodów. Z tego też pewnie powodu na nielicznych w okolicy parkingach pojawiają się znaki zakazu postoju w nocy.
 
 
 
Jeszcze ostatni rzut oka na chowające się w chmurach szczyty, sesja zdjęciowa na stacji kolejowej i kierujemy się na autostradę w kierunku Berna. Jest koniec czerwca więc dni są tu naprawdę długie. Decydujemy się zatem zajechać do miasteczka Thun, w którym znajduje się zamek skąd roztacza się panorama na okolice. Koło zamku jest trochę problem z zaparkowaniem, ale w pobliżu znajduje się stacja benzynowa i niewielki parking przed wejściem do zamku. Dociera się do niego przechodząc kamienna bramą, a później spacerując brukowanymi uliczkami. Powrócić zaś można krętymi schodkami i potem wąskimi uliczkami pomiędzy kamiennymi murami.   
 

Do Berna wjeżdżamy dość wcześnie – miasto dopiero się budzi. Może dlatego nie mamy problemu z zaparkowaniem w ścisłym centrum – prawie puste ulice. Miasto leży oczywiście w górach, których szczyty pokryte są śniegiem. Malownicze miasto, założone z XII wieku, ze starówką na 2 kilometrowym wzgórzu otoczonym z trzech stron dolina Aaru, to miejsce które potrafi zatrzymać na dłużej. Tu wznoszą się najważniejsze budynki, ratusz, parlament, katedra, słynna wieża zegarowa (z zegarem odmierzającym czas ze szwajcarską precyzją już 500 lat).

 

Widoki z pobliskich mostów z pewnością mogą stanowić wdzięczny temat pocztówek.

Żeby cały czas nie jechać autostradami, którymi dość sporo poruszamy się pomiędzy dużymi szwajcarskimi miastami, do Lausanne dla odmiany, jedziemy boczną drogą. W pewnym momencie widzimy kierunkowskaz na parking, no to jedziemy. Fajny w lasku, sporo przyczep nawet na nim stoi, więc wjeżdżamy. Ale z lekką dozą nieśmiałości. Po podjechaniu bliżej okazało się, że trafiliśmy na obozowisko cygańskie. Wycofywać się nie bardzo jest jak. Stajemy na skraju. W obozowisko dopiero zaczyna się ruch, ludzie leniwie wychodzą z przyczep i zaczynają przygotowania do śniadania – normalne obozowe życie. Na nas nawet nie zwracają uwagi. My również jemy śniadanie i ruszamy w drogę. Kilka kilometrów dalej widzimy podobne obozowisko – tyle, że właśnie wpadła tam policja i próbuje je rozgonić. Lausanne położona jest nad Jeziorem Genewskim – zawsze wydawało się nam, że krainą jezior jest Finlandia – a tu, gdzie nie spojrzeć jezioro – większość miast leży właśnie nad nimi.

Genewa – jest równie piękna, ale musicie uwierzyć na słowo, gdyż padły nam z wrażenia oba akumulatory w aparacie. Dlatego czekał nas przymusowy postój na ich naładowanie bo przed nami Chamonix i Mont Blanc. Wjeżdżamy na wielki parking pełen camperów. W planach był wjazd na górę, ale spodziewali się burzy i kolejka była unieruchomiona – faktycznie za godzinę, jak nie zaczęło rąbać, lać jak z cebra brrr. Trochę nas to rozczarowało, ale cóż było poradzić – może następnym razem będzie lepsza pogoda, nie było nawet sensu czekać do następnego dnia gdyż na stacji kolejki powiedzieli, że następnego dnia ma być podobnie. 

No to nie pozostało nam nic innego jak powrót do Szwajcarii przez przełęcz Col de Montets. Rozpadało się niemiłosiernie, dlatego zrobiliśmy na niej dłuższy postój z nadzieją, że w końcu pogoda się trochę nad nami zlituje. I  faktycznie po obiedzie niebo zaczęło się trochę przejaśniać – nawet udało nam się zobaczyć alpejskie szczyty w pełnej krasie.

Z przełęczy zjeżdżamy trochę niżej na przejście graniczne ze Szwajcarią, podjeżdżamy pod budynek, zatrzymujemy się – żywego ducha w okolicy nie widać. Nie to nie jedziemy sobie dalej. Po paru kilometrach rozpogadza się – no i to właśnie urok gór.

Zjeżdżamy do Martigny – przepiękny zjazd, ale i uwaga na hamulce (po drodze jest w sumie tylko jeden parking z możliwością zatrzymania).

Na wysokości Sion skręcamy w prawo w stronę Matterhornu. Jedziemy początkowo doliną, droga zaczyna się wspinać i wspinać, a zza kolejnych zakrętów wyłaniają się cudne widoki. Tak się zapędziliśmy w poszukiwaniu kolejnych, że dotarliśmy aż na 2200 m do Arolla. Końcówka drogi trochę wąska i kręta, ale ruch jest spory, że nawet raz udało nam się minąć z innym samochodem. Jeśli będziecie w okolicy warto tu zawitać (zawrócić lepiej tu dalej może być ciężko).  

Wracając widzimy jak chmury znad Mont Blanc dotarły i tu. Dochodzi 22 pora szukać noclegu, na chwilę zatrzymują nas jeszcze kozy przy piramidach w Euseigne.

 Pogoda tutaj to istna loteria raz leje, raz słońce, raz chmury. Wszystko zależy od losu i wysokości. Po noclegu w okolicy Sion jedziemy do Gletsch. Po lewej mamy teraz inną perspektywę na lodowiec i Jungfrau. Przed Gletsch można załadować samochód na pociąg i przewieźć go na drugą stronę pod przełęczą Furkapass (2436), ale nie po to przyjechaliśmy w te okolice, żeby teraz po tunelach pociągami jeździć, choć pogoda zmusza nas do dłuższego postoju przed wjazdem na Furkę. Podjazd jest długi i sporo na nim serpentyn, miejscami stromo (14%). 

Na wysokości powyżej 2000m i przy takim nachyleniu musimy mocno negocjować z osiołkiem i przekonywać go, że da radę. Gdyby było niżej, nie byłoby problemów, ale tu trochę brak tlenu daje się we znaki. Mimo niesprzyjającej pogody trud wspinaczki wynagradzają nam widoki. Taki podjazd ma też swoje plusy – można swobodnie robić zdjęcia nie obawiając się, że ucieknie nam coś ciekawego.

Ruch na drodze jest mały, dlatego jeśli jest konieczność można się zatrzymać – biorąc jedynie pod uwagę fakt ruszenia pod górę co przy takim nachyleniu w niektórych miejscach może się różnie skończyć. Powyżej hotelu jest parking i droga się znacznie wypłaszcza – ale znów wysokość robi swoje. No w końcu wjechaliśmy na Furkę, a tam co – śnieg. Poszliśmy trochę się przejść , ale 10 stopni brrr. Po drodze minęliśmy wracających z gór żołnierzy – jak oni tu spali w nocy to ja im współczuję brrr…

Zjeżdżamy z Furki, ale nie do końca. Nastawiamy trasę i mamy dylemat którędy jechać…. Poplątanie z pomieszaniem – ale tak to w Alpach jest,  najpierw wiadukt, a potem tunel i kręcimy się w kółko.

Z Furki wjeżdżamy na przełęcz św. Gottarda. Niestety wiele zdjęć nie mamy z powodu chmurek, które tak szczelnie zakryły okolice, że po zatrzymaniu na przełęczy na parkingu dopiero po paru minutach odkryliśmy, że 5 m dalej znajduje się jezioro. Jak w końcu trochę przestało padać udaliśmy się na zwiedzanie okolicy na tyle na ile było to możliwe. Na szczęście udało nam się wrócić do samochodu przed kolejną chmurą. Czekamy nic się nie zmienia, chyba tak już zostanie. O jedzie jakiś samochód no to jedziemy za nim. I tak zjeżdżaliśmy z przełęczy wpatrzeni w dwa czerwone światełka przed nami – droga chyba była kręta – tak przynajmniej słyszałam, że znów zakręt bo widzieć to nic nie widziałam.

Przez Bellinzone docieramy do Lugano, które wciśnięte jest w niewielki cypel pomiędzy terytorium Włoch. Wygląda to tak jakby Szwajcaria chciała wyrwać trochę słońca i ciepła dla siebie.

Zahaczamy jeszcze o skrawek Włoch, tylko niestety trafiamy akurat na powroty z pracy więc stoimy i stoimy, a ono z naprzeciwka jadą i jadą. Dopiero przyjazd policji unormował ruch na przejeździe wahadłowym. Locarno wita nas słońcem choć i tu widać jeszcze, że dopiero co skończyło padać. Nie na darmo szczyci się ono mianem najsłoneczniejszego miasta Szwajcarii.

Ponieważ wcześniej przejechaliśmy przez Bellinzone z powodu oberwania chmury, a miasteczko chcemy obejrzeć, wracamy na postój na autostradzie.

 Bellinzona to urocze maleńkie miasteczko, bardziej w stylu włoskim niż szwajcarskim. Koło godziny 8.30 miasteczko dopiero budzi się do życia, na ulicach pusto. Dzięki temu można spokojnie i bez pośpiechu przespacerować się uliczkami i odwiedzić tutejsze zamki (trzy), które wraz z murami strzegły okolicy. Wspinamy się zatem na jeden z nich, z którego rozpościera się panorama na miasto i okolicę.

Jadąc na północ w kierunku Chur można pokonać przełęcz Bernardino, albo tunelem albo górą (max podjazd 10%). Powoli mijamy ostatnie wioski i wspinamy się na górę. Po drodze nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Wokoło cisza i spokój, a okolice przypominają trochę północną Norwegię, pogoda również.

Na naszym szlaku leży również „słynne” Davos. Faktycznie już na przedmieściach wioski czujemy „jej klimat” – nie musimy nawet otwierać okien.

Sama miejscowość poza tym, że jej znana nie zachwyca - a okolica może w zimie wygląda ciekawiej, ale na nas zrobiła małe ciekawe wrażenie. Jeśli leży na trasie przejazdu można zajrzeć, ale żeby specjalnie tu jechać – to już niekoniecznie.  

 Kierując się na zachód jedziemy malowniczą trasą, niestety pogoda średnio nam dopisuje – ale w pogodny dzień myślę, że warto tędy przejechać.  

Docieramy w okolicę styku trzech granic Szwajcarii, Austrii i Włoch i trzeba zdecydować, którędy dalej jechać. Po konsultacjach pogodowych decydujemy się, że wracamy do Austrii. Noc spędzamy w okolicach Insbrucka w nadziei, że pogoda następnego dnia będzie łaskawsza.

Stolica Tyrolu Innsbruck, czyli most nad rzeką Inn, słynie ze złotego dachu (wielki wykusz pokryty pozłacanymi dachówkami - 2,5 tys.). Zabytki skupione są głównie wokół rynku, a znikomy poranny ruch pozwala na spokojne zagłębienie się w tutejsze brukowane uliczki. Większość z nich jest naprawdę wąskich dzięki czemu spacer nimi pozwala poczuć urok tego miejsca.

Ponieważ pogoda jednak nie zachęca do zwiedzania Austrii decydujemy się wpaść na chwilę w Dolomity. Kiedyś już tam byliśmy, jednak jakiś chochlik nie pozwolił nam wówczas na zrobienie zdjęć – chochlik nie chochlik, a może tak miało być, żeby wrócić tam znów . Z Innsbrucku kierujemy się zatem na Brennenpass. Nie jedziemy jednak autostradą lecz kluczymy wśród alpejskich wiosek i miasteczek.

Przekraczamy granicę i chwila co jest – nagle piękne słońce, ciepło wręcz upalnie – no tak Włochy . Zwiedzamy Bolzano, stanowiące mieszankę kulturową – 25% mieszkańców mówi po niemiecku. W sercu historycznego centrum przy Piazza Walther mieszczą się kawiarenki i restauracje. 

Kierunek Dolomity – najpiękniejsze góry jakie znamy. Jakże one inne od typowych alpejskich wzgórz. Jedziemy i widząc pierwsze szpiczaste szczyty już się cieszymy na to co będzie dalej. Az chce się tu spędzić duuużo duuużo czasu – może kiedyś wybierzemy się tu typowo wakacyjnie – niestety nie teraz.

Za Gries skręcamy w prawo w boczną drogę. Zatrzymujemy się w okolicach Marmolady – najwyższego szczyty Dolomitów (3343). Jest tu parking ze stołami, z którego można spokojnie się przyjrzeć okolicznym górom. Niestety jest też i niepokojący znak – zakaz jakiegokolwiek obozowania i camperowania – a szkoda bo okolica aż się prosi.Jadąc dalej mijając cudne góry docieramy na wysokość ok. 2000m nad jezioro Lago di Fadaia. Tutaj również można się zapomnieć patrząc jak w turkusowej toni odbijają się szczyty otaczających gór. Przy niewielkim parkingu jest restauracja i kilka krótszych i dłuższych szlaków pieszych.  

Za jeziorem rozpoczyna się ostry zjazd w dół – trzeba dość mocno uważać na hamulce, mimo, że droga kręta jednak odległości pomiędzy zakrętami pozwalają się naprawdę mocno rozpędzić, co nie do końca jest wskazane. Musimy również chwilę odczekać gdyż właśnie porządkują helikopterem okolicę. Patrząc w dół droga wygląda niewinnie, nie dajmy się jednak jej zwieść – ma sporo procent

Dojeżdżamy do niewielkiej miejscowości Caprile skąd zaczynamy naszą wspinaczkę na Passo di Giau – najpiękniejszego miejsca gdzie byliśmy. Podjazd jest dość długi, ale można sobie poradzić tym bardziej, że w kilku miejscach jest możliwość przystanięcia na chwilę, żeby ochłonąć. Zbliżamy się, to znów oddalany od szczytu górującego nad przełęczą.
 
 
Od parkingu rozpoczyna się odcinek, który trzeba pokonać aż na przełęcz za jednym zamachem – nie bardzo jest gdzie stanąć, ale roztaczające się już stąd widoki dopingują by jechać wyżej i wyżej i wciąż wyżej. Z każdym pokonywanym przez nas zakrętem, my zachwycamy się coraz bardziej – osiołek trochę mniej. Ale tłumaczymy mu, że na górze czekają na niego cudne widoki i dłuuugi odpoczynek. W końcu osiągamy upragnioną przełęcz,(2236) jedno z ulubionych miejsc motocyklistów, których zarówno kiedyś jak i teraz są tutaj tłumy. Wcale im się nie dziwię – panorama cudna. Mamy sporo czasu by się nią zachwycić, choć chmury czasami przesłaniają pobliski szczyt.
 
 
 
 

Po obiadku i popołudniowej kawie już tylko zjazd do Cortiny, i dalej alpejskimi dolinami zbliżamy się do granicy z Austrią – pogoda też się robi taka północna.

 No cóż pogoda zbytnio się nie chce zmienić – czasem tylko wyjdzie słońce. Tak to jest gdy opuszcza się słoneczną Italię. Jedziemy w kierunku Wysokich Taurów, gdzie znajduje się ok. 250 lodowców i ponad 300 szczytów powyżej 3000m z najwyższym austriackim szczytem Grossglockner (3797), 10 km lodowcem Pasterze, oraz największymi wodospadami Krimm (380m) Przez te okolice prowadzi Grossglockner Hochalpenstrasse – jedna z ładniejszych dróg w Austrii. Niestety płatna i to dość słono. Na długości 50km pokonuje 1750m przewyższenia, stąd startując z wysokości ok. 800m przejeżdża się przez różne strefy klimatyczne. W miejscach poboru opłat dostaje się mapę ze wskazanymi atrakcjami, parkingami czy restauracjami i ich opisem. Początkowo droga wspina się doliną wzdłuż łagodnych wzgórz. Dopiero za punktem poboru opłat wznosi się coraz bardziej – praktycznie jesteśmy sami na drodze – czasem jakieś auto przemknie, ale ponieważ pogoda zbyt nie dopisuje, jeszcze nie ma też wakacji, więc to naprawdę rzadkość. Im wyżej tym niestety gorzej początkowo mży, potem już leje na całego.

Chwilami się rozpogadza i udaje nam się zrobić trochę zdjęć Pasterze i pobliskim szczytom. Przy parkingu jest też kilka propozycji tras po okolicy.

Pogoda wyjątkowo nam nie sprzyjała – w pewnym momencie zaczął nawet padać śnieg, temperatura spadła do około zera no i w ogóle było brrr. Ale z drugiej strony dobrze, że jest tak zimno, bo przy tych podjazdach 12-14% i wysokości osiołek się tak nie męczy. 

Na przełęczy Hochtor (2504m) sypie już konkretnie. Za tunelem pojawia się śnieg – nie tylko płaty, ale całe połacie – niestety jesteśmy w chmurach i niewiele poza nimi widać.

Zjeżdżając w dół mamy ponumerowane zakręty, a w okolicy sporo pasącym się milek :)

Po zjechaniu z Grossglockner włączamy GPS - kierunek dom – nawigacja wybiera autostrady stąd dzienny przebieg znacząco nam wzrasta. Jeszcze tylko krótki odpoczynek gdzieś w trasie i to już koniec naszej alpejskiej przygody – pora znów przywitać się z naszą szarą rzeczywistością – byle do lata.

X

Komentarze