http://facebook.com/CampRestCom
Page

Ameryka Samochodem cz. 6/10 - Lake Powell, Monument Valley

Dziś zauważyliśmy że zaczynamy budzić się coraz później – 8:00  i chodzimy spać coraz później  2:00, znaczy – przestawiamy się powoli na czas amerykański J Lampa od rana , co mnie i Gmurcię bardzo cieszy , bo  wczoraj nas trochę wywiało w Grand Canyonie.

Śniadanko, jak to w przydrożnym motelu dość skromne więc Jeżu dokupił trochę szynki i sera, żebyśmy nie padli z głodu.  Ruszyliśmy dopiero o 10:30 i to w zupełnie nieplanowane miejsce.

Wykupiliśmy sobie rajd do Antelope  Slot Canyon – raj dla fotografów, bardzo malownicza  kraina, po prostu cudo !!!! Wściekłam się od rana , bo nad moim  sprzętem fotograficznym wisi jakieś fatum od początku wyprawy – jeden obiektyw zepsuty totalnie, wczoraj w Wielkim Kanionie „głupawka” zaliczyła upadek i coś tam nie styka i jeszcze ten problem z bateriami… Na szczęście mamy jeszcze jeden długi obiektyw i super sprzęt Jeża J wszyscy się nim dziś zachwycali , a fotki z kanionu wyszły rzeczywiście rewelacyjne.

Przed trasą do Monument Valley zboczyliśmy z trasy w Page na tamę i tam dopiero doznaliśmy wzrokowego szoku. Czasem warto zmienić kierunek drogi , bo przed nami ukazało się przepiękne  jezioro Lake Powell, z wieloma zatoczkami -  prawie jak „fiordy norweskie”, wszystko otoczone oczywiście górami.

Do Monument Valley – miejsce wszystkim znane z westernów , dotarliśmy na szczęście przed zachodem słońca , czerwone bloki skalne o różnych kształtach , przypominających ludzi, psiaki a nawet  E.T. , czerwona ziemia i uboga roślinność  -  prawdziwy  krajobraz filmowy.

No i dalej w trasę , przed nami ponad 200 mil podroży , tym razem za kółkiem super driver GmurciaJ Szybko obcykała co i jak w tym wielkim carze a najbardziej spodobał jej się tempomat.

Na 20:30 dotarliśmy do Page , na kolację  do typowej country knajpy z muzyką na żywo, gdzie spróbowaliśmy prawdziwego amerykańskiego steka – pycha !!!!

Szybko zamykają knajpy ,więc o 22-ej ruszylismy  dalej , jak się okazało póżniej – w drogę pełną niespodzianek. Marcin przejął ster .

Początkowo wszystko szło zgodnie z planem , aż do Kanab (mniej więcej połowa drogi z Page, naszej kolacji  - do Cedar City w Utah, miejsca naszego noclegu. Potem wybraliśmy jedną z dwóch opcji – krótszą trasę, ale przez góry (ang. shortcut)…

Minęła północ. Z czasem zaczęło się robić nieco dramatycznie – jechaliśmy, jechaliśmy ,jechaliśmy… Żadnych znaków, ciemno jak wiadomo gdzie, zero ludzi, zero cywilizacji, las, majaczące pagóry…
Nasz przyzwoicie dotąd spalający paliwo Chrysler na górskich, krętych drogach zaczął żreć jak smok i wskazówka paliwa dynamicznie ruszyła w stronę literki E jak Empty (pusty). Księżyc po lewej jak z bajki, hm, raczej jak z horroru przebijał się nieśmiało nisko nad drzewami, poczym widząc pewnie nasze postępujące zestresowanie sytuacją, postanowił dorzucić swoje trzy grosze i zgasł za chmurami. Zrobiło się więc totalnie ciemno, jechaliśmy z minimalną widocznością, no i zaczęło się…

Pierwsza krzyknęła Ela: -„UWAŻAJ! SARNA!!!” Z lewej strony, nie wiadomo skąd, nagle wyskoczyła przed maskę auta gigantyczna sarna, (Marcin gwałtownie zahamował) poczym przeszła (przeleciała) prawym bokiem mijając lusterko racicą o jakieś 5cm… Jeśli ktokolwiek z nas do tego momentu był senny- teraz oprzytomniał szybciutko. Przerażeni, ale jednocześnie szczęśliwi, że jesteśmy w jednym kawałku ruszyliśmy dalej z minimalną prędkością i duszą na ramieniu… 

Odtąd wypatrywaliśmy na poboczach błyszczących – złowrogich – oczu. No i się w końcu dopatrzyliśmy – lisa, kolejnych saren, jakiegoś futrzaka wielkości monstrualnej nutrii (a może bobra?), kolejnych kilku saren… Do podkręcenia i tak już bardzo napiętej atmosfery – brakowało już tylko jakiegoś autostopowicza z piłą…

A naszego docelowego miasteczka Cedar City wciąż nie było na horyzoncie . Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że przejeżdżamy na wysokości ponad 3000 metrów i otaczają nas hałdy śniegu. W pewnym momencie mijaliśmy ponad metrowe zaspy…W końcu pojawił się drogowskaz, który potwierdził, że jedziemy przynajmniej we właściwym kierunku – po 1-ej w nocy wjechaliśmy do uśpionego, mormońskiego Cedar City w stanie Utah. 

Nie trudno się domyślić, że po tych emocjach marzyliśmy o butelce zimnego piwka, ale jakież było nasze rozczarowanie, gdy na jednej z nielicznych otwartych stacji dowiedzieliśmy się, że po pierwsze: po godzinie 1-ej w nocy (do 7-mej rano) w całym mieście nie sprzedadzą nam żadnego alkoholu, a po drugie: zmienił się czas – zegarki o godzinę do przodu… Z nosami na kwintę szukaliśmy naszego motelu jeżdżąc po Main Street tam i nazad – nigdzie go nie znajdując. Zdesperowani, w końcu zatrzymaliśmy policję (dokładnie) i tu miłe zaskoczenie kolejny raz – po krótkiej wymianie zdań, patrolujący miasto policjant zgodził się, tfu, SAM ZAPROPONOWAŁ, że poprowadzi nas na miejsce! I tak – niemal eskortowani przez policję, w środku nocy, tysiące mil od domu, dojechaliśmy szczęśliwie do kolejnego motelu na naszej trasie. Bardzo młody i  przystojny (jak orzekły dziewczyny) policjant pożegnał nas słowami – „BE SAFE, GUYS”. 
Po 3:30 poszliśmy spać i była to najkrótsza jak do tej pory noc.

Zapraszam do przeczytania kolejnej części o Yosemite National Park

None None None None None None None None None None None None None None None None None None

Komentarze