http://facebook.com/CampRestCom

Pierwszy wyjazd na Litwę

 

Pierwszy nasz wyjazd na Litwę.

Relacja pisana "na kolanie" tak więc z góry przepraszam za literówki i pokręcone zadania. Nic nie poprawiałem, jest tak jak to widziałem w 2005 roku.


24 czerwca 2005 – pogoda przepiękna, od dobrych kilku dni jest gorąco, kolejne prognozy pogody nie zapowiadają zmian, wiec tylko wyruszać na wycieczkę...


Około godziny 8 rano wyruszyliśmy 10 letnim Fiatem Cienquecento w kierunku granicy Polsko Litewskiej. Około 11.00 byliśmy już na przejściu granicznym w Ogrodnikach. Ze zdziwieniem wjechaliśmy na przejście graniczne na którym nie było ani kolejek ani wielu uzbrojonych funkcjonariuszy straży granicznej... jak to się widzi na granicy Polsko – Białoruskiej. Przejście pokonaliśmy nie wysiadając z auta, wszystko trwało około 1 minuty i już jesteśmy po stronie Litewskiej.


Krajobraz niby ten sam ale jednak widać różnice. Stacje benzynowe Statoil i Shella – Europa. Jednak tuż obok widać jeszcze po radzieckie kołchozy i znaki drogowe identyczne jak te w Rosji czy na Białorusi.
Po odwiedzeniu kilku stacji benzynowych i przyzwyczajeniu się do cen podawanych w litach ( 1 lit = 1,25 zł), oraz nazw – dla nas najważniejszy był LPG – u nich DUJOS. Wreszcie znaleźliśmy mapę Litwy w odpowiadającej nam cenie (przy samej granicy mapa kosztowała około 15zł, kilka kilometrów dalej kupiliśmy tę samą mapę za 7zł).
Droga szeroka, zero TIRów, po prostuj jedziemy do przodu. Kolejnym celem są Druzgienniki.
Jest od dawna znany kurort uzdrowiskowy (całej historii miasta nie będę opowiadał, jest już w internecie wystarczająco dużo informacji na ten temat).
wjazd-do-druzgiennikjpgWjazd do Druzgiennik.
Od samych rogatek miasta widać dużo kwiatów.
Co ciekawe kwiaty wiszą na każdym słupie, i latarni. Każdy skwerek jest wyłożony kwiatami. Przyznam, że bardzo ładnie to wygląda.
Druzgienniki można porównać do naszego Ciechocinka. Podobna atmosfera starych uzdrowisk. Wiele z nich zostało już odnowionych i przerobionych na Hotele, inne niszczeją i czekają na swój czas.
Przyznam, że nas Druzgienniki nie zachwyciły, miasto ładne, warte odwiedzenia, ale nic specjalnego – no chyba że się jedzie podreperować zdrowie.

Jedziemy dalej w stronę Wilna.
Po drodze odwiedzamy park etnograficzny z dość ciekawym budynkiem

Kilkadziesiąt kilometrów dalej dojeżdżamy do niesamowitego miejsca – Gruto Parkas
Jest to park w którym na obszarze kilku hektarów zgromadzono pamiątki po czasach komunizmu. Z całej Litwy zbierano pomniki wodzów rewolucji i przodowników komunistycznej Litwy. W ilu pozycjach przedstawiono Lenina i Stalina oraz Dzierżyńskiego to nie zliczę. Obok każdego pomnika jest fotografia oraz opis gdzie stał i na jakim placu. Oczywiście ten największy jest z Wilna J. Podczas zwiedzania co i rusz napotykamy na druty kolczaste i wieżyczki obserwacyjne. Ze szczekaczek cały czas podawana jest rewolucyjna muzyka, zagrzewająca do pracy. Z samochodu z dużym żółtym zbiornikiem można kupić bardzo dobry, lekko schłodzony Kwas chlebowy. W małych domkach przedstawione są stroje z tamtego okresu, wyświetlane filmy propagandowe, pokazane plakaty, sale szkolne, biblioteki. Po prostu miejsce to trzeba odwiedzić!!
Wychodząc napotykamy odbitą w betonie ścieżkę ewolucji:
Njpierw są odbite ślady bosych stóp,
Potem buty,
Następnie protektor UAZa
I na koniec Gaza 66.
I na tym zakończono ewolucję.


Opuszczamy to niesamowite miejsce. Kierujemy się w stronę Wilna. Jednak zjeżdżamy z głównej drogi i jadąc przez wioski i miasteczka, dojeżdżamy do Jasiunai gdzie stoi pałac. Widać ze jest zniszczony. Brak tu właściciela. Jednak przez okno na poddaszu widać jeszcze szczątki złotych zdobień sufitu.
Szkoda, że to tak niszczeje.
Teraz już prosta droga do Wilna .
Jest już dość późno, wiec najpierw musimy znaleźć nocleg. Z internetu mamy wydrukowaną listę tanich noclegów w mieście. Zajeżdżamy do pierwszego – miejsca są, za 20 litów doba, jednak my chcemy zostać tu na dwa noclegi, a miejsca są tylko na dziś. Postanawiamy poszukać czegoś innego. Jednak miła pani portierka podaje nam adres swej koleżanki która wynajmuje pokoje w swym prywatnym mieszkaniu. Jedziemy pod podany adres... niestety nie ma nikogo w domu. Szukamy wiec dalej, kręcąc się po bardzo wąskich i przepięknych uliczkach starego Wilna. Zajeżdżamy jeszcze do schroniska młodzieżowego i pewnego pensjonatu – niestety wszystkie tanie noclegi są już zarezerwowane – nie ma co się dziwić: sezon a do tego piątek. Wracamy więc do hotelu w którym byliśmy za pierwszym razem. Portierka jeszcze raz próbuje i dzwoni do swej koleżanki. OK. jest, możemy się meldować.
Wchodzimy na 4 piętro starej kamienicy znajdującej się przy samym starym mieście. Mieszkanie jest duże, bardzo wysokie jak przystało na stare budownictwo.
Nasza gospodyni to starsza Pani, mówiąca świetnie po polsku. Oprowadza nas po mieszkaniu. Mamy do wyboru dwa pokoje, oba są ładne i czyste. Przyznam, że nocleg trafił nam się pierwsza klasa. Do dyspozycji mamy łazienkę, oraz kuchnie. Wracać do mieszkania możemy kiedy nam pasuje – dostaliśmy klucze. Nasz gospodyni jest na tyle opiekuńcza, że dała nam swoje ręczniki – twierdząc, że jak swoje zamoczymy i pojedziemy dalej to nie będziemy mieli gdzie ich wysuszyć. Podobnie zresztą dała nam świeżo upraną pościel, twierdząc, że w śpiworach to się jeszcze zaśpimy. Po prostu bomba!!widok-z-naszego-pokojujpg
Wieczorem idziemy pooglądać miasto.
Wracamy zmęczeni do mieszkania. Przygotowujemy się do spania, przeglądamy mapy i planujemy jutrzejszy dzień – cały na zwiedzanie Wilna.
Kładziemy się zmęczeni spać.
Dzień pierwszy był super. Ciekawe co dalej...
Jest Sobota 25 czerwiec. Budzę się rano – około siódmej. Agnieszka jeszcze śpi i ani myśli o pobudce.
Ubieram się i wyruszam na poszukiwania chleba i czegoś na śniadanie.
Miasto już tętni życiem. Widzę, że wielu ludzi omija małe spożywcze sklepiki i kieruje się w stronę dużej hali. Idę i ja...
Docieram do czegoś na wzór naszych hal mięsnych. Pod halami - podobnie jak u nas w Białymstoku, starsze panie sprzedają marchewki, pomidory, jajka... oraz Białoruski spirytus i papierosy. Wchodzą do środka. Tłum ludzi, masa towarów. Odnajduję stoisko z chlebem. Jest tu naprawdę duży wybór. Decyduję się na rasowy, Litewski chleb z miodem.
Wracając do naszego mieszkania, napotykam grupę młodych chłopców, około 15-20, każdy ubrany w białą koszulkę z frędzelkami oraz czarna czapeczkę. Prowadzi ich wysoki pan w czarnym surducie i pejsami. Jak się zapewne domyślacie, grupka żydowskich dzieci prowadzona przez .. nie wiem jak taka osoba się nazywa – może nauczyciel... podąża do synagogi. Nieczęsty to widok, szczególnie że pierwszy raz widzę – w Białymstoku nie ma za dużo żydów.
Wracam do mieszkania, budzę Agnieszkę. Jemy śniadanie, chleb jest przepyszny.
Ruszamy na zwiedzanie Wilna.
Nie będę tu przedstawiał, naszej trasy, ani poszczególnych zabytków. Bo myślę że nie ma sensu – poszukacie w interencie a znajdziecie naprawdę dużo...
Chciałbym jedynie przedstawić zarys i moim zdaniem najciekawsze miejsca,.
Spacerując po Wilnie postarajcie się zajrzeć do miejsca które są nieco ukryte przez wycieczkami, a przewodnicy ich nie pokazują.uliczki-wilnajpg
Otóż urzekły nas małe uliczki Starego Wilna. Naprawdę prześliczne i ładnie odremontowane (niestety z reguły tylko fasady – podwórza pozostały takie same.
Warto również wdrapać się na jedno z wzgórz Wilna: Gorę trzech krzyży, lub Górę Gedymina.
My weszliśmy na tę drugą. Na której niegdyś stał zamek (jego ruiny widać za mną). Jest to najstarsza część miasta.
Dość daleko od miasta jest Polski Cmentarz na Rossie.
Jest to naprawdę niesamowite miejsce, pełne polskich grobów i znanych nazwisk.
Warto pospacerować i przyjrzeć się nagrobkom. Bardzo ciekawe i piękne pomniki i napisy np.: ‘Tu leży emerytowany pracownik PKP’.
Ufff jesteśmy w mieszkaniu. Padłem na łóżko, chyba się nie ruszę...
Aga już umyta a ja dalej leże, zbieram siły, trzeba się umyć!!.
Jutro jedziemy dalej, Troki i Kowno.
Jemy kolacje, wyciągamy mapy. Planując trasę zauważamy że nie byliśmy w jeszcze jednym kościele w Wilnie. Podobno najładniejszy...
Aga poszła spać – choć dopiero 20.30...
Z powodu iż jutro wyruszam, idę rozliczyć się za noclegi. Nasza gospodyni leży i ogląda jakieś teleturnieje. Siadam i zaczynamy dyskutować. Opowiada mi o rodzinie, o życiu na Litwie, ja jej o Polsce. I tak nasza rozmowa toczy się do około 23... Późno ale warto było posłuchać jak Litwę i Polskę widzą ludzie z Wilna. Dowiaduje się między innymi , że Litwini tak jak Polacy jeżdżą na Białoruś po alkohol i papierosy oraz paliwa, że istnieje duży rozłam jeżeli chodzi o ludzi na Litwie oraz że istnieje tak zwana Litwa biedna – wschód i bogata – zachód.
Wstajemy jak zwykle... tzn. ja wstaje około 7 rano a Aga śpi, aż jej za nogi nie ściągnę.
Jemy śniadanko, żegnamy się z naszą gospodynią – naprawdę przemiłą kobietą. Pakujemy wszystkie graty do Cieniaska i ruszamy w kierunku najpiękniejszego kościoła w Wilnie – Piotra i Pawła.
Wewnątrz kościół jest przepiękny. Niestety nie ma zdjęcia, a tylko pocztówkę.
Utrzymany na biało z wieloma zdobieniami i bardzo ciekawym kryształowym żyrandolem w kształcie łodzi.
Z kościołem tym związane są bardzo sciekawe legendy i fakty.
Otóż żyrandol jest dlatego takiego kształtu, gdyż ołtarz miał być wykonany z kryształu. Kryształ miał dotrzeć droga morską do Litwy, jednak statek utonął, na pamiątkę tego zbudowano żyrandol w kształcie łodzi właśnie z kryształu.
Drugą legenda i zarazem faktem, jest to że fundatorem kościoła jest Pac. Bardzo bogaty niegdyś człowiek, który między innymi wprowadzał na ziemiach suwalszczyzny nowoczesne sposoby gospodarowania, zbudował w Dowspudzie przepiękny pałac i niesamowitą bramą (popatrz wcześniejsze moje wyprawy)
Otóż człowiek ten kazał się pochować pod progiem kościoła Piotra i Pawła. Oraz wmurować w próg tablicę z napisem ‘Tu leży grzesznik Pac’. Jednak po kilkudziesięciu latach piorun trafił w tablicę która pękła na pół. Wtedy mieszkańcy stwierdzili, że to jest znak i Pac odpokutował swoje grzech. Przenieśli tablice na ścianę. Jednak jego szczątki nadal znajdują się pod progiem świątyni.
Pac był na tyle przebiegłym człowiekiem, ze na świątyni kazał napisać: ‘Regina Pacis Funda Nos In Pace’ – jak widać w napisie tym aż dwa razy zawarł swoje nazwisko J 
Opuszczamy już Wilno, piękne miasto, którego historia jest związana z Polska. Zresztą człowiek czyje się tu jak w Polsce. Ludzie mówią lub rozumieją po polsku, wiele rzeczy można kupić za złotówki.
Ale jedziemy dalej. Kierunek Troki i Trocki zamek!!
Oczywiście, to chyba pozostałość po podróżach uazem, zamiast wjechać normalnie do miasteczka, my objeżdżamy marnymi drogami jezioro i parkujemy auto w jakimś porcie jachtowym.troki-widok-od-strony-portujpg
Pytamy o drogę i ruszamy w stronę Trok. Nasz trasa prowadzi po ciekawych mostkach , łączących półwyspy i wysepki Trockiego jeziora. Mosty , a raczej kładki są bardzo malownicze. Niektóre krótkie, inne długie umieszczone na pływakach, które pod naszym ciężarem zaczynają się kołysać powodując niemile kołysanie.troki-zamekjpgtroki-zamek2jpg

W Trokach żyje lud Karaimów. Przodkowie dzisiejszych mieszkańców Trok zostali niegdyś sprowadzenia przez Króla Witolda z Krymu. Mają tu soja bożnicę, oraz całą ulice z charakterystycznymi domkami, ustawionymi szczytem do drogi i trzema oknami (jednym dla Allacha, drugim dla Witolda i trzecim dla Karaima).
Warto zawitać do jednej z Karaimskich restauracji i skosztować tutejszych herbat i specjałów.
Wyjeżdżamy z Trok i kierujemy się w stronę autostrady prowadzącej do Kowna.
Nudna droga, jednak wolę kręcić się po wioskach nie jechać kilka godzin autostradą ... uff zaraz Kowno .
Wjeżdżamy do Kowna od strony dzielnic przemysłowych. Fabryki, hurtownie... widok nie najładniejszy.
Szukamy noclegu. Zajeżdżamy pod wskazany przez panią w Informacji turystycznej w Wilnie adres. Okazuje się bardzo drogo – około 70zl za osobę... nasza gospodyni w Wilnie mówiła nam, że Kowno to już ‘bogata Litwa’.
Ale nie rezygnujemy. Odszukujemy Informację Turystyczna w Kownie. Choć jest sobota, godzina 18, informacja jest czynna i bez problemu można się dogadać po angielsku. Dostajemy adresy tańszych noclegów wraz z cenami. Jedziemy i okazuje się z i adres i cena jest prawidłowa. Wybieramy tańszy nocleg za 35 litów/osoba w Kowieńskim Centrum Olimpijskim ‘Sportas’.
Jeszcze jest wcześnie, wiec ruszamy na zwiedzanie Kowna.
Kowno naszym zdaniem nie jest miastem ładnym. Wszystko tu jest jakby z innej beczki. Nowość przeplata się z zabytkami i komunistycznymi pomysłami na miasto i budynki... sam nie wiem co o tym myśleć.
Po zwiedzaniu raczej małej starówki w Kownie, decydujemy, że warto cos kupić na kolekcję. Decydujemy się odwiedzić jakiś hipermarket i zobaczyć jakie są towary i ceny.
Na stacji benzynowej w centrum pytam o drogę. Sprzedawcy pokazują mi tylko jedno miejsce HiperMaxime.
Tak na marginesie – na Litwie jak zaobserwowaliśmy najwięcej jest sklepów z sieci Maxima.
Są tu Hiper Maximy, Maximy, Mini Maximy.
Wjeżdżając na parking, widzę wolna miejscówkę... ooo Fiat, na Litwie ni ewidziałem jeszcze Fiata, tylko same BMW, Mercedes, Opel, WV i Audi. A tu mały Fiacik Uno... podjeżdżamy a tu Polacy z Suwałk ...
Robimy zakupy w Hiper Maximie.
Wracamy do naszego hotelu. Winda na 7 pięto jedzie wolno, czasami nie wiadomo czy stoi czy jedzie... ale jakoś wdrapuje się na kolejne pięterko.
W naszym pokoju jest nawet telewizor i łazienka. Co prawda w łazience jest brzydko, ale widać że czysto. Łóżka jakby nowe, szafy trochę zdezelowane. Ale za to telewizor I klasa, z pilotem i działa. Nawet są polskie programy: TVP 1, 2, oraz Polsat i TVN).
Jemy kolacje i idziemy spać.
Budzimy się rano... jakoś dziwnie się czuje po drinkach – jakieś wynalazki z Hiper Maximy w butelkach... np. herbata która ma 18% alkoholu...
Śniadania nie jem prawie wcale, może małą kanapeczkę.
Pakujemy się do Cieniaska i ruszamy w stronę... Kłajpedy. Co prawda mieliśmy już nie zajeżdżać do Kłajpedy a tylko przejechać się malowniczą droga wzdłuż Niemna, ale co tam... damy radę.
Wyjeżdżamy z Kowna i kierujemy się w stronę miasteczka Jurbarkas.
Nie chcemy jechać do Kłajpedy autostrada, dlatego tez wybieramy drogę która prowadzi wzdłuż rzeki Niemen.
Droga, tuż za Kownem prawie łączy się z Niemnem. Po lewej stronie rzeka Niemen. Malownicza i niebezpieczna, z drugiej duża góra na której usytuowane są malownicze wioseczki z ciekawymi zabytkami. Oznakowanie jest bardzo dobre. Co Jakiś czas odbijamy z płaskiej drogi by na 2 lub 1 biegu wdrapać się, kierowani przez znaki, do jakiegoś pałacyku czy zameczku.
Widać, że podobnie jak w Polsce. Pałacyki i dworki były gospodarowanie przez Kołchozy i są teraz w opłakanym stanie.
Jednak w niektórych zachowały się nawet oranżerie.
Inne zostały zamurowane, a barierki odcięte. Schody na których stoję, są wykonane z prawdziwego marmuru – tego jeszcze nikt nie ukradł.
Koniec pięknej drogi jesteśmy w Jurbarkas. Stąd kierujemy się ku mieście Taurage, a potem do Kłajpedy .
Kłajpeda – parkujemy autko przy porcie. Obchodzimy dość małą starówkę. Sprawdzamy ceny i godziny promów do Nidy (miasteczko na mierzei).
Niestety dziś już nic nie pływa.
Docieramy do informacji turystycznej. Tam, podobnie jak w Kownie – jest godzina 20, a IT otwarta i można się dogadać po Rosyjsku, Niemiecku i Angielsku.
Pani podaje nam ceny najtańszych noclegów... 70litow od osoby... no to już Europa...
Postanawiamy poszukać czegoś w okolicach Kłajpedy, może będzie taniej. Jedziemy w stronę Melnrage. Droga prowadzi wzdłuż morza. Zbaczamy z trasy i wjeżdżamy na duży parking przy którym jest restauracja, oraz duża plaża.
Widzimy morze... po prostu jesteśmy oszołomieni. Czujemy się tak , jakbyśmy się nie spodziewali wody... po postu piękne zakończenie naszej wycieczki. Przejechaliśmy całą Litwę od wschodu na zachód i dalej już się nie da pojechać... czujemy się niesamowicie, tym bardziej, że nie mieliśmy w planie dojechać aż tu.
Moczymy się w wodzie i wracamy w kierunku restauracji. Przy restauracji jest dom, co nam zależy, spytamy się. Zachodzimy i pytam o nocleg. Kobieta nie zna angielskiego, ani polskiego. Woła więc swoją córkę. Ona podobnie jak my, łamanym angielskim dogadujemy się. W domu nie ma już miejsca ale w małym domku (działkowa altanka) jest miejsce. Prowadzi nas pomiędzy marchewkami a szczypiorem, mijamy pomidory i fasolę J Domek jest piękny, zielony, w środku dwa łóżka, kuchenka gazowa, zlew z ciepła i zimna wodą. Po prostu Bomba i to za 20 litów od osoby... do tego 100m od plaży.
Podjeżdżam autkiem by wypakować graty, kobieta zauważa dopiero teraz ze jesteśmy Polakami. Woła więc swojego dziadka – okazuje się ze to Polak i ma dwie siostry w Polsce. Opowiada, oprowadza. Bardzo miły Pan.
Jeszcze spacerek po plaży i spać... godzina 23 a tu jasno... co się dzieje?? Nie wiem, odwracam się i śpię, jutro długa droga do domu.
Wstajemy rano, około 7. Jemy śniadanie, jeszcze kilka godzinek na plaży i czas do domu.
Żegnamy się z gospodarzami i około 10 ruszamy w drogę powrotna do domu.
Droga powrotna zajęła nam dokładnie 8 godzin, gdyż o 18 byłem już w domu.
I choć robiliśmy przerwy, tankowaliśmy gaz co jakieś 250km to dojechaliśmy dość szybko. Może jest to zasługa super Litewskich dróg. Na których nie ma ani tirów ani kolein. Po prostu 90 km/h i utrzymujesz tę prędkość bez problemu.
W drodze powrotnej nie przypilnowaliśmy stanu gazu w naszym zbiorniku J Ale co tam była jeszcze benzyna. Niestety jak na złość do stacji było dość daleko. Benzyna też nam się zaczynało kończyć. Na ostrzejszych zakrętach, strzałka poziomu paliwa spadała poniżej zera a silnik zaczynał przerywać... ale na szczęście daliśmy radę.
Po przejechaniu granicy z Polską – niemiła niespodzianka... znowu tiry. Skąd one się biorą, skoro na Litwie nie ma żadnego a tuz za granicą w Polsce co drugie auto to tir i do tego pędzą 100km/h ?
Podsumowując: Wycieczka super, piękne miejsca. I znowu potwierdzają się słowa, że warto zjechać z autostrady i pojechać bocznymi szlakami.
Ludzie na Litwie są mili i uprzejmi. W Wilnie i okolicach bez problemu porozumiecie się po Polsku, w Kownie już mniej, a w Kłajpedzie to nie ma szans. Poza tym akcent w Wilnie jest łagodny i miły dla ucha, natomiast na zachodzie ludzie mówią bardzo twardo.
Ceny gazu i benzyny oraz ropy bardzo podobne jak w Polsce, może kilka groszy taniej. Podobnie żywność i alkohol. Noclegi też podobnie jak u nas.
Jednak wybierając miejsce na wakacje, pomiędzy Gdańskiem a Kłajpedą, bez namysłu wybieram Kłajpedę: dlatego , że: po pierwsze dojazd jest lepszy – drogi super, no i taniej, jedzenie o wiele lepsze, a poza tym coś innego...
Aha i jeszcze jedno – to że akurat w Kłajpedzie o 23 było jasno – to wina przesilenia i białych nocy... to się nazywa trafić w czas...okolice-klajpedyjpg


Mały Fiacik CC 700 sprawował się super. Żadnej awarii, tylko leliśmy Dujos i w drogę. Choć ma już 10 lat.
Pozdrawiamy i zapaszmy na Litwę
Agnieszka i Stefan

 

None None None None None None None None None None None

Komentarze