http://facebook.com/CampRestCom

POMYSŁ NA WEEKEND - Bieszczady

TRASA 150 km

Posileni solidnym śniadaniem u naszych przemiłych gospodarzy wyruszamy w dalszą drogę. Im dalej od Krosna miejscami przebłyskuje na polach śnieg. Zbaczamy do Rymanowa, a konkretniej do Zdroju :), gdzie zima coraz bardzie pokazuje swoje pazurki. Niby jest na plusie 8 stopni, ale śnieg i lód leżą tu sobie w najlepsze – trzeba mocno uważać gdzie i jak się stąpa.

Ścinamy do Komańczy przez Szczawne. Droga malownicza po delikatnych wzgórzach zatem na brak widoków nie narzekamy. Szczawne, Komańcza, Cisna znamy z letniej pory, teraz tylko przejeżdżamy by jak najszybciej znaleźć się w prawdziwych górkach. Z tym jak najszybciej to tak nie do końca jest, ponieważ już w Komańczy zaczyna na drogach zalegać błoto pośniegowe, a im bardziej na wschód jest go więcej. Powyżej 700 m na drodze leży już regularny śnieg z konkretnymi koleinami. Dobrze, że my na zimówkach. Docieramy do pierwszej przełęczy za Cisną. Zajeżdżamy na parking, ale nie za głęboko, bo przecież ruchu samochodów praktycznie nie ma – 3 minęliśmy od Cisnej. Robimy kawkę, coś słodkiego, a tu jakby z Marszałkowskiej wszyscy się urwali – co minuta wciska się jakieś auto na niewielki aktualnie (bo nieodśnieżony ) parking. Dobra to i my sprawdzimy co ich tu wszystkich ściąga – cudna panoramka :)

Teraz ciut w dół, ale mimo tego, że się obniżamy, jakoś biel nie ustępuje z drogi. Wręcz przeciwnie teraz już nie ma kolein, teraz już jest regularne kilkanaście centymetrów śniegu na drodze. Za Wetliną kolejna przełęcz yyy jakby to rzec, oby tylko nic z przeciwka nie jechało, bo jeśli pojedzie to już nie ruszymy. A tu jak na złość co chwila jakieś auto zjeżdża – dobrze, że nie musieliśmy się mijać na zakrętach, a osobówki były na tyle inteligentne, że zjeżdżamy na boki. Ostatni zakręt i już już widzimy przełęcz – oby tylko nic z przeciwka, bo wzdłuż drogi jest regularny parking. Ufff jesteśmy na górze. Planowaliśmy spacerek, ale straż graniczna stwierdziła, że jak staniemy to będzie za wąsko by dwa auta jeszcze się minęły. Trudno, nie będzie Chatki Puchatka zimą.

Następna przełęcz (Wyżniańska) jest już lepiej dostępna. Mimo tego, że śniegu wszędzie pełno, a nawet więcej, to łatwiej podjechać, gdyż nie ma aż tyku zakrętów. Chwila moment i meldujemy się pod Połoniną Caryńską. My jednak wybieramy spacerek w kierunku Wielkiej Rawki. Wokół cisza zupełna, góry, góry i jeszcze raz góry :)

 Z daleka dojrzeliśmy Ją. Takiej okazji nie przegapimy. Kulamy się w dół do Ustrzyk Górnych. Koło schroniska, naprzeciwko budynku straży granicznej znajduje się duży parking. Już kiedyś na nim nocowaliśmy, jednak tym razem jest to niemożliwe. Tak na oko pół do metra śniegu na nim leży. Ale jest tez jeden plus – asfalt jest czarniusieńki, jakby ktoś znienacka zamiótł cały śnieg. Dobra nie mamy wyjścia. Trzeba już dzisiaj uderzyć na Wołosate. Trochę mieliśmy obaw, bo to boczna droga. Jednak jest zupełnie bezśnieżna. Jedyne co może niepokoić to znaki „uwaga niedźwiedzie”, ale przecież o tej porze to niedźwiadki spać powinny? Mijamy parking „ostatni na szlaku” w Wołosatym i dalej przez mostek dojeżdżamy do przystanku autobusowego, wokół którego jest jeszcze trochę miejsca do zaparkowania aut.  I tu kończy się cywilizacja. Przystanek odgarnięty tylko na tyle by zrobić kilka miejsc parkingowych, bo przecież nic tu o tej porze roku nie dojeżdża…

Póki słonko idziemy na szlak. Fajny ubity śnieg, słońce świecie, Tarnica jak na dłoni. Czegoż więcej potrzeba? Aaaaa czasu do zachodu słońca, gdyż niestety dziś na szczyt już nie uda nam się dotrzeć…

Noc przebiegła nam… no niestety nie mogę powiedzieć, że spokojnie. Wczoraj co prawda mijaliśmy znaki na drodze z Ustrzyk Górnych do Wołosatego ostrzegające o możliwości spotkania niedźwiedzi, ale chyba to jeszcze nie ich czas?:) Jako, że zimą zmrok zapada dość wcześnie – zasunęliśmy okienka i siedzieliśmy przy kolacji, gdy pojawiły się dziwne światełka. Niedźwiedź i światła to chyba w parze nie idą, więc założyliśmy, że to nie to. Ostatnia latarnia znajduje się przy dużym parkingu w Wołosate. Tu co prawda staliśmy 15-20 metrów od zabudowań po drugiej stronie drogi, ale niemniej jednak było ciemno jak… Skąd więc te światła, w dodatku poruszające się w naszą stronę, co rusz w inną. Okazało się, że to patrole pograniczników. Szli w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie i co rusz mocnymi latarkami na boki i w przód rzucali snop światła. Jakby atrakcji było mało, w nocy co jakiś czas przejeżdżał nam patrol, a jako, że na przystanku koło którego staliśmy kończyło się odśnieżenie drogi zatem jak tylko samochód wjeżdżał na lód mieliśmy automatycznie pobudkę :) Cóż ważne, że ktoś czuwał. 

Tak więc rano skoro świt wstaliśmy spojrzeliśmy w góry i… załamka. Miała być pogoda, a tu jeszcze na dobre słońce nie wzeszło jak pierwsze jego promienie zasłoniły chmury. Czekamy. A nóż widelec jeszcze zaświeci. Idziemy na krótki rekonesans. Już 9, a temperatura nadal poniżej minus 10 się trzyma(a wczoraj w swetrze samym można było chodzić). Góry przykryte pierzyną i ani myślą odpuścić… W tych warunkach my jednak odpuścimy – zdobywać góry we mgle i porywistym wietrze zimą, to według nas słaby pomysł. Choć w międzyczasie „parking” przystankowy zapełnił się zapaleńcami (gdzie zawróci autobus gdy przywiezie po południu dzieci ze szkoły nie wiem), był nawet taki, który spakował śpiwór i karimatę do potężnego plecaka i zniknął w otulinie chmur, my wybieramy jednak inny kierunek. Choć w sercu żal, zwyciężył rozsądek.

Wracamy do Ustrzyk Górnych i kierunek północ. Jako, że częściowo Bieszczady zwiedziliśmy kilka miesięcy wcześniej  (obiecuję zdać relację :) ) Teraz szybko przemknęliśmy do Czarnej i tam odbiliśmy nad Solinę. Droga…. wąsko, kręto i śnieżnie, no i niestety coraz ciemniej. Kilka razy dmuchnęło śniegiem co utwierdziło nas w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy odpuszczając sobie dziś góry.

Kawa wypadła nam w Polańczyku. Temperatura i wiatr nie odpuszczają, więc spacer ograniczamy do niezbędnego minimum. Chwilę dosłownie nas nie było a tu taka niespodzianka nam wyrosła :)

Kierunek Sanok – gdzie  z Toeloop’em zajeżdżamy na parking pod Muzeum Budownictwa Ludowego.  Trzymając się czego się da (żeby kolejnego orła nie wywinąć) wchodzimy na teren skansenu i choć pogoda mało zachęcająca zwiedzanie zajmuje nam kilka dobrych godzin. Ponieważ jest zima, nie da się wejść do budynków, ale jest tu tyle do obejrzenia, że nawet bez tego nóżki nam wchodzą :) Mimo, że zwiedzanie skansen/ muzeum/galeria to nie do końca nasza bajka, z tego co do tej pory widzieliśmy to tego typu miejsca przebijają jedynie Rumszyszki na Litwie.

None None None None None None None None None None None None None Tarnica None None None None None None None None None None None None

Komentarze