http://facebook.com/CampRestCom
Samolocik na języku Trolla.

The Poor Journey - Norwegia cz.1/2

Wstajemy rano i uświadamiamy sobie, że nadchodzi długo oczekiwana chwila! Wyjazd do Norwegii. O ile "planowanie" całej podróży, zbieranie funduszy, itd. zaczęliśmy około pół roku wcześniej to zawsze coś nam wypadało, przeszkadzało i skutecznie uniemożliwiało stu procentowe zaplanowanie wyjazdu od A do Z... przez co z naszego wyjazdu zrobił się jeden wielki spontan trip :) Hmm, spontan? Przecież to w naszym stylu! Do ostatniej chwili nie znaliśmy nawet dokładnej daty wyjazdu, prom zarezerwowaliśmy na kilkanaście godzin przed wyjazdem, jedynie co znaliśmy to kierunek podróży. Sesja na uczelni, która rozpoczęła się dla nas dosyć wcześnie, egzaminy instruktorskie, nauka po nocach i egzaminy licencjackie skutecznie uniemożliwiały nam oddanie się błogiej dogłębnej lekturze o atrakcjach i ciekawostkach jakie skrywa przed nami Skandynawia. Nasz standardowy dzień na jakieś półtorej miesiąca przed wyjazdem wyglądał tak: śniadanie -> uczelnia -> praca ->nauka do 2:00 w nocy, a Bartek w między czasie musiał jeszcze znaleźć chwilkę na grzebanie przy Tripciaku, aby ten mógł nas bezpiecznie i bezproblemowo wieźć przez całą trasę oraz skończyć nową zabudowę wnętrza.

 Początek lipca, czyli najgorętszy czas przygotowań, przeplatał się ze stresem związanym z zakończeniem studiów wyższych, które sumasumarum udało nam się ukończyć z wynikiem bardzo dobrym :)! Gdy emocje już opadły przyszedł czas na świętowanie, które postanowiliśmy spędzić nad zalewem w Kryspinowie podczas największego europejskiego zlotu garBusiarzy - Garbojama 2014. Cóż to dużo mówić, kto nie był niech żałuje i rezerwuje sobie czas na przyszły rok ;) Świetna zabawa gwarantowana! W międzyczasie udało nam się zdobyć kilka wskazówek na temat Norwegii od ekip, które już tam buszowały w swoich busikach.  Po zlocie przyszła pora na masowe zakupy, gdzie musieliśmy zrobić zapas jedzenia na całą podróż- przynajmniej taką mamy nadzieję :) I jak to bywa na chwilę przed wyjazdem... Tripi zachorował na zawieszający się immobiliser, przez co raz odpalał, raz nie. A co będzie jak immo całkowicie się obrazi gdzieś w totalnej głuszy? Na całe szczęście z pomocą przyszedł Mateusz (Mulitmati), który owy problem pomógł rozwiązać, przy okazji wyposażając nas w mnóstwo zapasowych części, oraz jako fanatyk wędkarstwa wzbogacił nasz marny zestawik o całe pudło przynęt i dwa porządne kije. Pakowanie zostawiliśmy sobie na ostatnią chwilę..."bo jak wszystko będzie już kupione i popakowane to sobie ładnie poukładamy w aucie"... jak na złość od samego rana lało przez co nie mogliśmy się porządnie zapakować, tym bardziej otworzyć boksa na dachu... więc tak czy siak wszystko wleciało jak leciało do busika, a porządek postanowiliśmy zrobić w czasie postoju albo już w samej Szwecji. W czasie załadunku gratów na pokład okazało się, że brakuje nam tablicy rejestracyjnej...ukradli, zgubiliśmy?! Co robić? Lecieć do wydziału komunikacji? Zostało nam tylko parę godzin do wyjazdu. Jednak Bartek postanowił przejechać drogi, którymi jeździliśmy dzień wcześniej i na całe szczęście udało się znaleźć tablicę przy drodze... musiała nam wypaść w czasie ulewy i wichury, gdy na drogę spadały co chwilę gałęzie z drzew. Bahhh! Nadchodzi godzina zero, a raczej 22, w której to opuszczamy swoje ciepłe mieszkanka i ruszamy do Świnoujścia na prom. Przez prawie całą trasę wszyscy spali, więc jedyna osoba, która rozmawiała z kierowcą Bartoszem, był głos z GPS'u... Na miejsce docieramy planowo przed godziną 9:00, co dało nam możliwość zwiedzenia miasta, zrobienia ostatnich zakupów i zatankowania Tripiego. Bartek postanowił zostać i przypilnować busika, odsypiając całonocną jazdę. Za to nasza trójka udała się na lokalny prom, który przetransportował nas do ścisłego centrum Świnoujścia. Wydawało nam się, że 5 godzin to kupa czasu i co my będziemy robić przez ten czas, więc na luzaka zaczęliśmy wszystko zwiedzać, a później poszliśmy na plaże rozkoszować się napojem bogów. Dopiero tam uświadomiliśmy sobie, że zatraciliśmy się w czasie i że przecież najpóźniej godzinę przed odpłynięciem promu musimy stawić się na odprawę i w tym momencie rozbrzmiewa dźwięk telefonu z zezłoszczonym głosem Bartka... gdzie my jesteśmy bo za lekko ponad godzinkę wypływamy... a przed nami jeszcze kawał drogi do portu + 15 minutowy rejs promem i na koniec jeszcze trzeba dobiec na miejsce odprawy. Bartek już prawie osiwiał z nerwów, co 5 minut dzwoniąc do nas i stając się coraz bardziej nerwowym, ale co mu się dziwić, biedny musiał prosić panie z odprawy, żeby jeszcze chwilę na nas zaczekały, bo gdzieś zgubiła się reszta załogi Tripciaka. Chyba zadziałał jego urok osobisty, bo panie w końcu zgodziły się przepuścić go przez bramki, gdzie mógł poczekać na nas.

  Po naszych perypetiach, opieprzu od Bartka, w końcu wjechaliśmy na prom, gdzie spędziliśmy 7,5h. Z początku wszyscy podekscytowani podziwialiśmy widoki, biegaliśmy po pokładzie, itd. jak małe dzieci :) Jednak po dłuższej chwili wszystkich dopadło zmęczenie całonocną podróżą i polegliśmy na korytarzu, odsypiając noc. Do Szwecji dopłynęliśmy o 21:30 i od razu udaliśmy się w poszukiwaniu miejsca na biwak. Szwecja jest o tyle przyjaznym krajem, że można biwakować niemalże wszędzie pod warunkiem, że się nie śmieci i nie niszczy środowiska. Po kilku kilometrach jazdy wzdłuż wybrzeża udało nam się znaleźć przepiękne miejsce, zaraz przy samej plaży. Tam też rozbiliśmy namioty, wypiliśmy gorącą herbatę siedząc na molo, podziwiając widok na rozświetlone przez pełnię księżyca morze.

 

Po śniadanku na plaży i pierwszej kąpieli w morzu, które pomimo tego, że znajdujemy się po jego północnej stronie jest dużo cieplejsze niż w Polsce :) Zebraliśmy graty i pojechaliśmy do Malmo. Malmo jest trzecim co do wielkości miastem w Szwecji i jak dla mnie najładniejszym w jakim byliśmy podczas całego wyjazdu...Infrastruktura miasta powala na kolana, szczególnie jeśli chodzi o sieć dróżek rowerowych, parków, itd. W czasie zwiedzania okolic portu trafiliśmy na taras widokowy zawieszony 8m nad wodą z którego grupka młodzieży skakała z niego do wody. Oczywiście Bartek się nabuzował, że też by poskakał, ale miał wątpliwości czy będzie mu się chciało zwiedzać dalszą część miasta i wracać kilka kilometrów do busika w mokrych majtach, ale po chwili namowy przez resztę załogi Tripciaka, Bartek dołączył do lokalesów i dał nura z tarasu do morza... tak mu się spodobało, że potem było go ciężko stamtąd wyciągnąć, aby iść dalej :) Jakby mógł to zapewne skakałby tam do teraz :P W drodze powrotnej na parking zahaczyliśmy o skatepark, o którym wspominała nam pani z informacji turystycznej i to nie dlatego, że ja prosiliśmy czy ze względu na BMXowy wygląd Bartosza, ale dlatego, że często śmigają tam dziadki! Co stanowi poniekąd atrakcję. I tak właśnie było - widok 70 letniego dziadka na deskorolce, który uczy się jeździć po bowlu, czy zjeżdzać z qarter'a wraz ze swoim wnuczkiem powala. W Polsce to co najwyżej przez takiego dziadka można zostać pogonionym ze skatepark'u, bo jego wnuczek nie może bawić się w berka z kolegami ,bo jacyś wariaci skaczą na rowerach i deskorolkach po "zjeżdzalniach"... a wracając do relacji to Bartkowi zrobiło się smutno, że nie ma ze sobą roweru, bo skatepark jak przystało na zagranicę był zrobiony z rozmachem i na poziomie.

Po całodziennym zwiedzaniu zawinęliśmy tyłki do busika. Nasz szofer znowu zarwał nockę na jazdę, bo tak mu się lepiej prowadzi i busikowi lżej jak nie ma takiego upału, więc hardo do pierwszych oznak zmęczenia kierowaliśmy się w stronę granicy szwedzko-norweskiej. Około 5 nad ranem zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów przed granicą na parkingu przy autostradzie w celu regeneracji sił. Po kilkugodzinnej drzemce ponownie wsiedliśmy do naszego rumaka i ruszyliśmy do Norwegii, jednak przeszkodziło nam wielkie centrum handlowe znajdujące się zaraz przy granicy, po stronie szwedzkiej. Postanowiliśmy skorzystać z wi-fi ,oraz uzupełnić zapasy w postaci chleba oraz 30paka Coca-Coli w puszkach, która w przeliczeniu na polskie wychodziła niecałe 1,20zł za puszkę :O! Przy okazji korzystając z troszkę niższej ceny paliwa nakarmiliśmy Tripciaka, a chwilę potem przekroczyliśmy upragnioną granicę. 
Kurs obraliśmy na Oslo, jednak noc postanowiliśmy spędzić w Moss nad zatoczką w porcie, gdzie udało nam się złowić pierwsze makrelki, które przyrządzone powędrowały na grilla - mmm pycha! Taka świeżutka rybka prosto z wody <3 Po mimo tego, że znajdowaliśmy się na południu kraju to "ciemno" robiło się dopiero koło 1:30 w nocy, przez co zatraciliśmy całkowite poczucie czasu. Przed południem dojechaliśmy do Oslo. Co tu dużo mówić, jak to w każdej stolicy, zabytki wymieszane z nowoczesną infrastrukturą, w sumie nic przyjemnego dla oka, szybkie zwiedzanie i tyle... dodatkowo w drodze powrotnej złapała nas ulewa, ale przynajmniej korzystając z Wi-Fi na dworcu po raz pierwszy zaczęliśmy rozglądać się za ofertami pracy. Analizując pochodzenie ofert pracy sezonowej i po długich sporach jaki mamy obrać kierunek, wschód czy zachód oraz obszar poszukiwań, wybraliśmy okolicę Drammen i tuż pod nim zaczęliśmy mocne poszukiwania pracy, aby dorobić co nieco na paliwo.    Udało nam się znaleźć piękne miejsce na nocleg - punkt widokowy pod szczytem góry, z którego rozciągał się przepiękny widok na rozświetlone miasto, jeziora, pola, góry. Coś pięknego! Po spędzonej nocy udaliśmy się na poszukiwania pracy, ale tylko Bartkowi udało się załapać przy malowaniu okien i werandy, pracy raptem na 1.5 dnia, ale zawsze coś :) Niestety reszcie załogi tak się nie poszczęściło, ale był jeden plus! W czasie poszukiwań spotkaliśmy polaka, który wspomniał nam o jeszcze lepszym miejscu na nocleg niż dotychczasowe. Okazało się, że wjeżdżając wyżej wzdłuż stromego zbocza i przejeżdżając po grzbiecie góry kilka kilometrów przez las dotrzemy do jeziorka znajdującego się pomiędzy szczytami. Tak też zrobiliśmy i naszym oczom ukazało się piękne, czyste i głębokie na kilkadziesiąt metrów jeziorko. Woda ogrzewana cały czas przez słońce była bardzo ciepła, istniała możliwość rozpalenia ogniska i gotowania na nim, nieopodal znajdował się strumyk górski, z którego mogliśmy czerpać wodę, więc postanowiliśmy tam zostać kilka dni, przy okazji zaprzyjaźniając się z rodzinką kaczek, które jadły nam z dłoni i w czasie nieuwagi france podkradały makaron z talerzy w czasie obiadu.

  Po niepowodzeniach w poszukiwaniu udaliśmy się już do ścisłego centrum miasta, tam też zarobiliśmy pierwszy mandat w wysokości 400zł... za, uwaga, przekroczenie czasu parkowania pod supermarketem o 2 minuty, pomimo tego, że byliśmy klientami sklepu! Niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na taki wydatek, więc postanowiliśmy udać się do kierownictwa sklepu i coś wskurać, choćby o zmniejszenie sumy o 1/4, w końcu byliśmy klientami sklepu, niestety sprawę wystawiania mandatów obsługiwała zewnętrzna firma i aby dopaść kontrolera odpowiedzialnego za mandat trzeba by czekać, aż przyjedzie wlepić komu innemu mandat. Na całe szczęście pracownik sklepu, który był bardzo sympatyczną osobą, widząc nasze zaangażowanie i próbę dodzwonienia się do centrali owej firmy, oraz znając szczegóły naszej niskobudżetowej wyprawy powiedział, że sprawę załatwi... wziął od nas mandat i paragon potwierdzający naszą obecność w sklepie... mamy tylko nadzieje, że na gadaniu się nie skończy, i że faktycznie dotrzyma słowa rozwiązując sprawę anulowania mandatu. Przynajmniej nocleg udało nam się znaleźć nad wodą, ale tyle co ugotowaliśmy obiad, Ala z Markiem rozbili namiot i rozpętała się ulewa, a my siedząc w busiku przypominaliśmy sobie szkolne lata, grając w państwa miasta :) Kolejne dni ponownie spędzaliśmy rozglądając się za pracą, przy okazji przesuwając się w stronę Bergen. Śledząc naszą drogę w przewodniku 3w1 Expressmap'u natknęliśmy się na dawną kopalnię srebra. Niestety kopalnia była już zamknięta, ale tak czy siak wstęp do niej nie był na naszą kieszeń ponieważ kosztował kilkaset koron za osobę... ale udało nam się trafić w czasie kręcenia programu do lokalnej telewizji, dzięki czemu na powierzchni mogliśmy zobaczyć pracę kowala oraz proces drążenia tuneli wypalanych ogniem. Proces ten polega na rozpalaniu wielkiego ogniska w jamie, który rozgrzewa skałę powodując, że staje się krucha i bezproblemowo można ją odłupać , niestety proces ten jest długotrwały, ponieważ dziennie górnik jest w stanie wydrążyć raptem tylko 2cm, ale za to był to podobno jeden z najbezpieczniejszych patentów drążenia tuneli, ze względu na niskie ryzyko zawalenia się stropu. Tunel na zdjęciu drążony jest od 14lat, a jego długość wynosi zaledwie kilka metrów.  Przez noc Bartek zajechał do Oddy, gdzie na kilka kilometrów przed, zatrzymaliśmy się w alei wodospadów, gdzie z bliska mogliśmy podziwiać ten żywioł. Następnie spędziliśmy standardowe popołudnie, obiad nad jeziorkiem, połowy rybek, itd. Następnego dnia udaliśmy się na język trolla, gdzie musieliśmy wędrować 11km w jedną stronę, ale było warto, ponieważ widoki zapierały dech w piersiach, pragnienie gasiliśmy strumykami utworzonymi przez topniejący na czubkach gór śnieg, ogólnie wycieczka wyssała z nas wszelkie siły, a to za sprawą tego, że dzień wcześniej nigdzie nie mogliśmy dostać chleba, więc w góry poszliśmy na jednej puszcze szprotek :P Powrót zajął nam dużo mniej czasu, ale niestety spóźniliśmy się na autobus z górnego parkingu na dolny, gdzie stał Tripi, więc czekała nas dodatkowo 6km wędrówka po asfalcie. Po drodze próbowaliśmy złapać stopa, jedna próba bez powodzenia, druga też nic, ale do 3 razy sztuka i mniej więcej po przejściu 2km zgarnął nas miły pan i zwiózł na dół. W ramach podziękowania podarowaliśmy naszemu wybawcy polski złoty trunek, z którego bardzo się cieszył... Hehe, pewnie za sprawą ilości procentów, gdyż w Norwegii normalny napój bogów ma raptem 3,5%, a nasze miało 6%. Po całodniowej wędrówce ustaliliśmy, że nie jedziemy do Bergen, a obieramy kierunek troszkę się cofając do Stavanger i po drodze zaatakujemy słynne klify Preikostolen, a dopiero stamtąd będziemy zmierzać na północ.

Jadąc i jadąc, coraz to węższymi ulicami w totalnej głuszy w końcu trafiliśmy na małą wioskę, której nazwy nie pamiętamy do dziś, a że wyglądała całkiem przyzwoicie to zatrzymaliśmy się aby troszkę porozglądać się za pracą i tak nam zleciał prawy dzień. Poszukiwania były bezowocne do momentu aż trafiliśmy na gospodarza pewnego kempingu, który po krótkiej rozmowie na temat potencjalnej pracy zaprosił nas na swoje pole i pozwolił spędzić noc. W końcu pierwszy raz od ponad tygodnia mieliśmy okazję wziąć gorący prysznic, niby nic nadzwyczajnego, ale gdy przez cały wyjazd człowiek kąpie się w lodowatych górskich strumieniach to odrobina gorącej wody zapewnia banana na twarzy od ucha do ucha. Z rana zostaliśmy obudzeni przez właściciela, który przyniósł nam szczęśliwą nowinę, że znalazł dla nas troszkę pracy. Niestety nawet w Norwegii można zostać oszukanym. Po całym dniu ciężkiej pracy, w słońcu, kurzu, pokrzywach i przy gnojówce, gdy przyszła pora, aby się rozliczyć, nasz właściciel zaczął kręcić nosem, więc już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak... i niestety sprawdziło się, po krótkiej rozmowie, owy właściciel stwierdził, że nie jest w stanie nam zapłacić, ale stwierdził, że jak zostaniemy i popracujemy u niego jeszcze kilka dni to może będzie miał pieniądze (albo i nie). Po długiej batalii, w końcu udało nam się uzyskać połowę wynagrodzenia, zawsze to coś, ponieważ byliśmy przekonani, że wyjedziemy z niczym. Stwierdziliśmy, że dłuższa gadka z owym gospodarzem może się źle skończyć, gdyż jego zachowanie i argumentacja nie wyglądały na osobę zdrową psychicznie. Zapakowaliśmy manatki i dostając nauczkę na przyszłość uciekliśmy w stronę słynnych klifów Preikestolen. Po drodze znaleźliśmy urocze miejsce na plaży, gdzie spędziliśmy noc, a z samego rana dojechaliśmy na miejsce. Przed nami około 3 godzinna wędrówka na rzekomo największą atrakcję w Norwegii. Pogoda dopisywała, więc trasę pokonaliśmy znacznie szybciej i pyk jesteśmy na klifach. Widok faktycznie jest dosyć spektakularny, w końcu stoimy nad 604m pionową ścianą, ale otoczka stworzona wokół tego miejsca jest troszkę wyolbrzymiona. Język trolla zrobił na nas dużo większe wrażenie. Aaaaa i nawet w Norwegii można zaobserwować ignorancję ludzi, pomimo wielkiej tablicy przy samym wejściu na szlak z informacją słowną oraz obrazkową z namalowanym wielkim butem trekingowym, mimo to na szlaku można spotkać ludzi w sandałach czy japonkach ( tak w większości byli to... Polacy) skaczących po skałach... ciekawe jak sobie radzili w drodze powrotnej na mokrych skałach, gdy przyszła burza :P Czas na podbój Stavanger, niestety bardzo ciężko było znaleźć miejsce na rozbicie obozu, ale z pomocą przyszła nam młoda pracowniczka stacji benzynowej, która była Polką i wskazała nam bardzo fajną miejscówkę przy plaży, gdzie spędziliśmy noc oraz cały kolejny dzień zaznając kąpieli morskich i bycząc się na plaży. Czas tak szybko nam zleciał, że było już za późno na zwiedzanie miasta, więc spędziliśmy jeszcze jedną noc na plaży i z samego rana ruszyliśmy na podbój miasta. Zwiedziliśmy port, skorzystaliśmy z Wi-Fi w informacji turystycznej oraz wysłaliśmy pocztówki, w między czasie korzystając z różnorakich degustacji w porcie, nie było ich wiele, ale mieliśmy okazję spróbować naturalnego, home-made soku rabarbarowego i cytrynowego, który swoim smakiem powalił nas z nóg . Po spacerku i degustacjach wskoczyliśmy do Tripiego i ruszyliśmy w stronę Bergen.
Trasa bardzo malownicza, przepiękne widoki, z resztą jak w całej Norwegii, ale te miały w sobie to coś. Niestety trójkę z nas to ominęło, ponieważ standardowo wszyscy nawigatorzy Bartka przespali niemalże całą drogę. W między czasie mieliśmy dwie przeprawy promowe, najdroższe przez całą Norwegię. Wieczorkiem dotarliśmy na miejsce i udaliśmy się w stronę punktu widokowego, gdzie dwa lata wcześniej obozowała Ala, niestety owa półka skalna po części była już zajęta, a raczej zamieszkana przez cyganów. Z początku były tylko dwa auta i trójka romów, ale bałagan wokół i przywleczone skądś graty świadczyły o większej ilości mieszkańców , dlatego w obawie o samochód i swój dobytek postanowiliśmy przenieść na parking pod blokiem, gdzie parkowali prawdziwi mieszkańcy, a Ala z Markiem udali się z namiotami na półkę skalną położoną kilkadziesiąt metrów dalej. Po przebudzeniu nasze obawy się sprawdziły, gdybyśmy zostali w miejscu, w którym wcześniej zaparkowaliśmy to obudzilibyśmy się w samym centrum cygańskiej wioski. Naliczyliśmy 12 samochodów zamieszkałych przez cyganów. Ufff to by była chyba nieprzyjemna pobudka, tym bardziej, że przechodząc obok nich, męskie grono nie patrzyła na nas zbyt przyjaźnie.  Po szybkiej rannej toalecie, która była ogólnodostępna przy ośrodku sportowym, wyskoczyliśmy do centrum Bergen, gdzie trafiliśmy na końcówkę zlotu czy festiwalu załóg jachtowych. Z jednej strony było dużo atrakcji, stoisk i degustacji, ale wszystkie te ogródki piwne i stragany przysłaniały i szpeciły słynną drewnianą zabudowę w Bryggen, ale przynajmniej mieliśmy spróbować salami z renifera, wieloryba i łosia, a i jeszcze mięso wieloryba mmmm pychota! Przy pierwszym kęsie czuć posmak ryby, a następnie wołowiny :) Po miłym popołudniu niestety nadeszły smutne chwile, ponieważ nasza wyprawa w pewnym sensie zakończyła się.

Od pewnego czasu atmosfera w busiku zaczęła się psuć, raptem 3m kwadratowe powierzchni mieszkalnej, dzielone przez 4 osoby przez prawie miesiąc robią swoje i wychodzą nasze charaktery, frustracje wynikające z różnych przyzwyczajeń i odmienne style podróżowania. Niestety pomimo prób rozmowy i ratowania dalszej części wyprawy Ala i Marek postanowili nas opuścić i wrócić do kraju z bratem Ali, który akurat kończył sezonową pracę w Bergen i wracał do Polski . I tak oto nasza dalsza podróż na północ się zakończyła, gdyż nie było nas stać aby pokonać jeszcze 6000km, w tym kilka przepraw promowych we dwójkę. Po rozstaniu, podliczyliśmy fundusze i postanowiliśmy, a wręcz byliśmy zmuszeni zawrócić w stronę Polski :( Wybraliśmy troszkę inna trasę, gdzie nie trzeba było pływać promem i był to strzał w dziesiątkę! Trasa przepiękna, po płaskowyżach parku narodowego, biegnąca wzdłuż wartkiego potoku z o dziwo dosyć ciepłą wodą. Tam też spędziliśmy noc, chyba najzimniejszą w czasie całego wyjazdu. Z rana wskoczyliśmy do potoku, aby obudzić się co nieco i następnie ruszyliśmy dalej w drogę. Gdzieś w środku Norwegii dopadła nas pierwsza awaria Tripiego - złamał się drążek zmiany biegów, w dość nieszczęsnym miejscu, gdyż nie było możliwości pospawania. Po kilkunastu minutach kombinowania, Bartek wymyślił patent składający się z klucza nasadowego 24mm, trytytki, dwóch przedłużek do klucza i kawałka taśmy :) Patent o dziwo działał, niemalże jak oryginał, więc w drodze powrotnej zahaczyliśmy o wioskę pod Drammen, gdzie wcześniej Bartek pracował. Po rozmowie telefonicznej właściciel nadal był chętny do współpracy, ale niestety nadal był w podróży służbowej i sam nie wiedział kiedy dokładnie wróci, więc obopólnie stwierdziliśmy, że nie ma co czekać i troszkę zasmuceni ruszyliśmy dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się obok przystani w Moss , w miejscu, gdzie spędziliśmy pierwszą noc w Norwegii. Tam też Bartkowi udało się złowić parę makrelek, które wrzuciliśmy na rusz i ze smakiem spałaszowaliśmy.  Z rana zrobiliśmy generalny porządek w busiku i pojechaliśmy w stronę granicy, niestety nie obyło się bez przygód. Po drodze nasze nas prowizoryczny drążek umarł, a raczej został cały, tylko uszkodziła się kolejna część oryginalnego. Po raz kolejny myśl techniczna Bartka wygrała z awarią, po ustawieniu wybieraków w odpowiednim miejscu i zaciśnięciu na kikucie drążka szczypców samozaciskowych mieliśmy możliwość wbicia biegów, ale tylko 3,4,5, czasami dwójki, ale lubi ona bardzo wypadać i tak też kończyła się każda próba wrzucenia jej. W trakcie usuwania usterki na stacji benzynowej podeszli do nas Hania i Staś - autostopowicze z Polski i tak dzięki zwolnionym przez Alę i Marka miejscach mogli oni sie zabrać z nami aż do samej Polski. Wszyscy byli uradowani, oni złapali Tripciakowego stopa na prawie 600km, a my wyjechaliśmy z kraju w czwórkę i wróciliśmy do kraju w czwórkę. W drodze powrotnej H i Ś opowiadali nam swoje doświadczenia w podróżowaniu stopem oraz wszystkie swoje przygody i groźnie sytuacje, których o dziwo była tylko jedna, pomimo, że Staś ma ponad 15lat doświadczenia w podróżowaniu stopem. Wracając do podróży... W Norwegii postanowiliśmy zadzwonić do Multimatiego, który zorganizował akcję ratunkową pod pseudonimem poszukiwanie drążka i tak dzięki jego pomocy skontaktowaliśmy się z Rafałem (Frytą), który postanowił wykręcić swój drążek, ze swojego busa abyśmy mogli spokojnie wrócić do domu, jeśli nie znajdzie gdzieś w garażu swojego starego zapasowego drążka. Poszukiwania się udały i z pomocą Fryty wymieniliśmy lewarek na parkingu. Dzięki wielkie Rafał! Na busiarzy zawsze można liczyć! :)  Po szybkiej naprawie Tripiego w ramach odpoczynku po całonocnym rejsie promem, udaliśmy się nad zalew Szczeciński, niestety, gdy tylko weszliśmy na plażę złapała nas burza i tyle było z plażowania. W międzyczasie postanowiliśmy, że jadąc przez Wrocław udamy się do ZOO. Przy okazji za pośrednictwem portalu blablacar po drodze w Gorzowie Wielkopolskim zgarnęliśmy Martę, która również jest podróżniczką, śmiga głównie za pomocą stopa. Tak przegadaliśmy całą drogę, my jej opowiadaliśmy o Norwegii i naszej zeszłorocznej podróży po Bałkanach, a Marta o swoich poprzednich voyagach oraz o tegorocznej wyprawie która miała się odbyć pod koniec sierpnia. Do Wrocławia dojechaliśmy późnym wieczorem, ciężko nam było znaleźć jakąś miejscówkę, więc Marta zorganizowała nam nocleg, za co bardzo jej dziękujemy! Z samego rana udaliśmy się do ZOO, gdzie pomimo deszczowej pogody zeszło nam kilka ładnych godzin. Wieczorkiem wskoczyliśmy do busika i już autostradą udaliśmy się do domku w żółwim tempie ze względu na dwa ogromne korki spowodowane remontem i wypadkiem. Dłużąca się trasa zapoczątkowała burzę mózgów, aby wykorzystać jeszcze resztę urlopu i udać się gdzieś na kilka dni. Padło na Bieszczady w celu zdobycia jednego ze szczytów Korony Gór Polski - Tarnicy, cały plan ewoluował na tyle, że postanowiliśmy zdobyć wszystkie szczyty KGP w Karpatach. W drodze powrotnej przejeżdżając przez Katowice zrobiliśmy szybki pit stop na zostawienie gratów Ali i Marka, które musieliśmy targać przez całą drogę powrotną z Norwegii, których nie byli w stanie zabrać opuszczając nas oraz na zrobienie szybkiego prania. Kilka godzin później ruszyliśmy na podbój Bieszczad. Po dotarciu na miejsce rozbiliśmy obóz na ostatnim dzikim polu biwakowym nad Sanem, gdzie spędziliśmy 3 dni... nie obyło się bez przygód, ale o tym będzie w 2 części relacji :)

Nasza luksusowa kajuta na promie :) None Wypływamyyyy! None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None None

Komentarze